Omawiając zjawiska i problemy progu partnerstwa seksualnego nie zamierzam wyjaśnić wszystkiego, nie byłoby to zresztą możliwe. Poruszę jedynie kilka istotnych prawidłowości. .

My z Tadziem najchętniej bywaliśmy w położonym naprzeciwko redakcji barze "Pod Dwójką". Był to trochę dorożkarski, trochę dżokejski, trochę dziennikarski przybytek kulinarnych rozkoszy. Za psi grosz można tu było zjeść smacznie i obficie, "przegiąć" ćwiarteczkę i nagadać się w przytulnych małych łóżkach odgradzając się od gwaru ogólnej sali. "Dwójka" istnieje po dziś dzień, ale chyba w zmienionej postaci - jako bar szybkiej obsługi, smażalnia ryb czy jakichś szaszłyków? Nie wiem, rzadko tamtędy przechodzę. "Pod Dwójką" omawiałem z Tadziem wspólne nasze robótki uboczne, coś w rodzaju obecnych prac zleconych. Przyjmowaliśmy te zlecenia od klientów z miasta. Jednym z nich był niejaki pan Lebenbaum, producent filmowy. Ówczesny" film polski nie powstawał, jak dziś, za państwowe pieniądze, w licznych wspaniale ku temu celowi przystosowanych gmachach, przy współpracy wysokich urzędów. W tamtych czasach jeden właśnie z takich panów Lebenbaumów obchodził właścicieli kin i proponował udział w finansowaniu filmu, który miał zamiar wyprodukować. Najważniejszy był tytuł. O jednym z kiniarzy warszawskich mówiło się, że kiedy producent zaproponował mu film mający się nazywać Na fali wspomnień, odpowiedział sceptycznie: - Na fali wspomnień? Morskie filmy u mnie nie idą. Mimo takich czy innych oporów uparty producent znajdował wreszcie udziałowców, którzy godzili się zainwestować mniejszy lub większy kapitał w mające powstać arcydzieło X Muzy. Wtedy ruszała produkcja. Wynajmowano atelie, angażowano aktorów, opracowywano scenopis i dialogi. Robiłem dialogi do kilku przedwojennych filmów, jak Dorożkarz nr 13, Cyrk Forda, Manewry miłosne. Właśnie te ostatnie pisaliśmy z Tadziem w pocie czoła nocami w redakcji "Cyrulika". Tak jest, nocami, bo w przedwojennej produkcji filmowej wszystko było potrzebne na wczoraj. Dramat czy komedia powstawały często w ciągu paru tygodni. Dlatego też tempo pracy było zabójcze. Dialogi do Manewrów smażyliśmy pod osobistym nadzorem pana Lebenbauma. Odwiedzał nas podczas pisania kilka razy w ciągu nocy. Dla zachęty i podtrzymania sił przynosił nam kanapki ze świetnej koszernej restauracji Hirszfelda, dostarczał chałwy i innych smakołyków. Nie zapominał też o alkoholu, ale w minimalnej ilości, żebyśmy się przypadkiem nie pospali. Wśród wałówki nie brakowało też nigdy papierosów, ale w jakimś tańszym gatunku. Nie pamiętam już, jak się nazywały. Kiedyś przez zapomnienie producent zostawił na naszym biurku świeżo napoczętą paczkę drogich "Egipskich specjalnych", które palił. Oczywiście wypaliliśmy je za jego zdrowie tej jeszcze nocy. A nazajutrz mieliśmy zabawę patrząc, jak nasz chwilowy chlebodawca nerwowo maca papiery na biurku, najwyraźniej poszukując pozostawionych "specjalnych". Miły to był człowiek, aczkolwiek drobiazgowy i wiecznie zatroskany. Nic zresztą dziwnego. Nie miał kto dokładać do produkowanego przez niego arcydzieła. W razie klapy odpowiadał wobec wspólników, którzy bardzo nie lubili złych interesów. Toteż cieszyliśmy się bardzo z Tadziem-Tądziem, kiedy Manewry miłosne przeszły. Te uboczne prace zlecone nie wyczerpywały całkowicie repertuaru moich zajęć artystycznych. Chyba w roku 1935 zaczęły się wieczory autorskie. Odbyłem ich mnóstwo w Warszawie i na prowincji. Warszawskie przez długie miesiące gromadziły nadkomplety widzów w znanej kawiarni SiM-u (Sztuka i Moda) na ulicy Królewskiej, gdzie dziś mieści się Teatr żydowski. Właścicielem kawiarni był znany cukiernik warszawski Karol Albrecht. Ten od "Ziemiańskiej". Albrecht, wzruszony powodzeniem imprezy, czcił każdy jubileuszowy, to znaczy dwudziesty piąty, pięćdziesiąty, siedemdziesiąty piąty i setny wieczór wspaniałym tortem, stawianym na "służbowym" stoliku, przy którym zasiadałem w chwilach wolnych od czytania. Bo na razie wieczory te były wypełnione wyłącznie czytaniem felietonów. Od siebie, "z głowy", nie dodawałem ani słowa. Po pierwsze, nie pozwalała mi na to gnębiąca mnie trema, a po wtóre, nie było to potrzebne - felietony broniły się same. Dość ludzi bawiły. Zresztą była moda na Wiecha. Z czasem interes się rozszerzył. Doangażowałem sobie znakomitego interpretatora w osobie Henryka Ładosza, rzeczywiście świetnie recytującego moje kawałki. Odtąd pracowaliśmy bardzo często na dwa głosy. Ale na prowincję początkowo wypuszczałem się sam, korzystając tylko z pomocy impresaria, pana Donata R. Był to wspaniały organizator, aczkolwiek miał jedną drobną wadę, o czym miałem się wkrótce przekonać. Skaza ta wystąpiła już na piątym bodaj z kolei moim wieczorze - w osadzie Wierzbnik pod Starachowicami. Impresario przyjechał do Wierzbnika pierwszy, zajął salę, rozlepił afisze, zorganizował sprzedaż biletów, zebrał zresztą bity komplet widzów. Ja nadjechałem w ostatniej chwili z Radomia, gdzie odbyłem również spotkanie z czytelnikami. Nie miałem nawet czasu porozumieć się z organizatorem, który już był na scenie i zapowiadał rozpoczęcie wieczoru. Stałem w kulisie i zdziwiony nieco wybuchami śmiechu, dolatującymi tu z przepełnionej widowni, zacząłem się przysłuchiwać zapowiedzi. Stopniowo zdziwienie ustępowało przerażeniu. Mój impresario mówił mniej więcej tak: - Od sinych fal Bałtyku po tak zwaną perłę Tatr, czyli - Zakopane, nie licząc rzecz prosta Nowego Targu, nie ma, nie było i nie będzie tak -wielkiego człowieka jak ten, który przed chwilą przyjechał tu do Wierzbnika z Radomia... Nie ma, nie było i nie będzie, bo być nie może, większego pisarza... no, może jeden by się znalazł... ten Remont... Myrymont, przepraszam, Reymont, ale i to nie na pewno. Od sinych fal Bałtyku, o, przepraszam, to już mówiłem... jednym słowem, król humoru, cesarz dowcipu, mikado śmiechu - Wiech, niech żyje... Jeśli się doda jeszcze, że, jak dostrzegłem to z kulisy, konferansjer wyraźnie się zataczał chwytając się ustawionego na scenie stolika bądź też opadał bezsilnie na krzesło, sprawa stawała się jasna - był kompletnie urżnięty. W przystępie rozpaczy, chcąc jakoś ratować sytuację, wpadłem na scenę. Powitały mnie huragany braw i wybuchy śmiechu. Potęgowały się one jeszcze w momencie, kiedy usiłowałem wyprowadzić pana Donata ze sceny, a on nie pozwalał na to, tylko tulił się do mnie, wyciskając na mych policzkach ogniste pocałunki. Wreszcie udało mi się wypchnąć go jakoś za kulisy i rozpocząć spotkanie. Rozbawiona publiczność słuchała felietonów w wesołym nastroju, ale największe jego nasilenie następowało -w momentach pojawiania się na scenie mego menażera. Kilka razy ukazywał się jeszcze, bijąc mi zapamiętale brawo. Wreszcie -usnął w objęciach strażaka gdzieś za kulisami, a ja mogłem- dokończyć tak niezwykle rozpoczętą imprezę. Rozstałem się wreszcie z publicznością, która z pewnością była głęboko przekonana, że jestem równie dobrze podkropiony jak mój -współpracownik, mam tylko mocniejszą głowę. Ustaliło mi to odpowiednią opinię w Wierzbniku i okolicy, a kto wie, czy nie na całej Kielecczyźnie. Jeszcze bowiem długo, długo potem, gdy tylko zjawiłem się gdzieś -w restauracji na obiad czy kolację, wstawieni biesiadnicy, rozpoznawszy mnie, witali jak bratnią duszę i proponowali wspólne kolejki. Do utrwalenia się tej niezasłużonej. Bóg mi świadkiem, reputacji przyczyniła się też wybitna trunkowość jednego z głównych moich bohaterów, pana Walerego Wątróbki, z którym mnie często utożsamiano. Parę jeszcze z kilkuset odbytych w okresie międzywojennym spotkań z czytelnikami pozostało mi specjalnie w pamięci. Należy do nich między innymi wieczór autorski w Malinowej Sali łódzkiego "Grand Hotelu". Sceneria była dość niezwykła. Sala restauracyjna bowiem, aczkolwiek wytworna, nie nadawała się na ten cel. Szczęk noży i widelców, brzęk kieliszków, rozmowy gości przeszkadzały innym w konsumowaniu literackich bądź co bądź doznań. Zwłaszcza że znany aktor łódzkich teatrów Józef Winawer, zaangażowany do recytowania felietonów, czytał je siedząc przy bocznym stoliku zbyt kameralnie, czyli po prostu za cicho. Widząc, że gastronomia zaczyna brać górę nad literaturą, sam zabrałem się do czytania. Stanąłem na środku sali i najmocniejszym, na jaki mogłem się zdobyć, głosem zacząłem czytać, Uciszyło się jakoś. Widelce znieruchomiały. Publiczność słuchała. Nagle podczas czytania przeze mnie drugiego bodaj felietonu, opisującego dzieje romantycznej przygody niejakiej pani Bukiet i jej amanta nakrytego przez męża w szafie, przy stoliku na balkonie powstał rumor. Jakieś towarzystwo z trzaskiem odsuwanych krzeseł wstawało od stolika i demonstracyjnie opuszczało lokal. Okazało się, że jest w Łodzi powszechnie znana i szanowana firma tekstylna "Bukiet i S-ka". Otóż tak się nieszczęśliwie złożyło, że stolik, o którym mowa, zajmowali właśnie państwo Bukiet ze wspólnikami. Dlaczego perypetie felietonowych Bukietów potraktowali jako wycieczkę osobistą, nie wiedziałem ani ja, ani dyrekcja restauracji. Faktem jest, że poczuli się obrażeni i wyszli. Było mi bardzo głupio, chciałem nawet posłać nazajutrz pani Bukiet - bukiet róż, ale się bałem, że znowu to może być potraktowane jako jakaś aluzja. I dałem spokój. Teraz, po latach, jeśli te słowa wpadną w ręce kogoś z tej rodziny, proszę o przyjęcie usprawiedliwienia, że tożsamość nazwisk była oczywistym przypadkiem. Cały felieton zresztą był wytworem mojej fantazji, nazwisko zaczerpnięte po prostu "z powietrza". Nic nie wiedziałem o istnieniu w Łodzi popularnej i otaczanej powszechnym szacunkiem w sferach handlowych firmy. W każdym razie nauczyło to mnie ostrożności w szermowaniu nazwiskami. I przyjeżdżając potem do jakiegoś miasta stale konsultowałem się z miejscowymi znawcami terenu, czy przypadkiem któryś z bohaterów felietonów nie nosi znanego tu z najlepszej strony nazwiska. Uratowało mnie to od wielu następnych straszliwych gaf. I ratuje zresztą do dziś. Nie tak dawno bowiem, wygłaszając przed telewizją w Katowicach felieton o weterynarzu, który chciał zostać polskim doktorem Kildarem, nadałem mu nazwisko noszone przez tamtejszego znakomitego lekarza. Na szczęście, ostrzeżono mnie w porę, wskutek czego polski Kildare został nazwany - doktorem Żeberko. Jakoś nikt "z Żeberek" się nie zgłosi. Może mają poczucie humoru.. Opowiadała bezładnie, bo nie mogła ukryć i stłumić pomieszania, jakim j±. Wszystkich mężczyzn, którzy ją odwiedzają".. Gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Borman powie: "Podła ŁódĽ", to mu powiedz, że jest. - Kardynał? - powtórzył machinalnie.. Stanowia okolo 70% kadry, uniemozliwia prawidlowe i zdrowe.

Kategorie

Dodane

Losowe:

Najlepsze: